To blog o moim mieście i świecie, który jest fajniejszy, szczęśliwszy, po prostu lepszy. Świecie z perspektywy biegacza.
Blog > Komentarze do wpisu

Biegiem po Finlandii, czyli jak udało mi się wrócić do domu

Ostatnie tygodnie upłynęły na intensywnej pracy, przygotowaniach do maratonu we Wrocławiu i kilkudniowej wyprawie na turniej koszykówki do Finlandii, dlatego niestety nie miałem czasu na pisanie bloga. Ale postaram się zrehabilitować, szczególnie że o ostatnich wydarzeniach można by napisać książkę.

Zaczęło się pięknie. 23 osoby, sędziowie koszykówki z całej Polski, wyruszyły na międzynarodowy turniej do Espoo, 250-tysięcznego miasta, które jest wielką sypialnią Helsinek. O medale walczyło ponad 350 drużyn w kilkunastu kategoriach wiekowych, zawody prowadziło ponad 130 sędziów. Podróż minęła nam w wyśmienitych humorach, mecze nie były trudne, poziom turnieju średni. Nic niepokojącego się nie działo do sobotniego wieczora, gdy chcieliśmy wyjść do pubu, a ja z przerażeniem odkryłem, że nie mam portfela. Szukaliśmy wszędzie, gdzie popadnie. Na sali gimnastycznej, gdzie oprócz Polaków spali Rosjanie i Estończycy, w kilku halach, gdzie sędziowałem mecze, w biurze zawodów, samochodach, którymi nas wożono. I nic. Jak kamień w wodę. – Nie martw się, portfel na pewno się znajdzie. W Finlandii rzadko ktoś coś kradnie – przekonywali mnie Finowie. – A jak ktoś znajdzie portfel, to na pewno odda go na policję.

Mimo przetrząśnięcia wielu miejsc, rozpytywania gdzie tylko się dało, aż do wyjazdu portfela nie odzyskałem. Ale co z dokumentami? Jak ja teraz wrócę do kraju? W niedzielę zadzwoniłem do polskiej ambasady, na policję nie miałem co iść, bo w niedzielę komisariat w Espoo jest… nieczynny.  – Nie ma sprawy, proszę przyjechać do Helsinek, załatwimy sprawę  – usłyszałem w ambasadzie. Helsinki i tak mieliśmy w planach, w poniedziałek miał być czas na zwiedzanie, a we wtorek przejazd autobusem do Turku na samolot do Gdańska. Ambasady szukaliśmy pół godziny, mieści się tuż nad jedną z zatok na przedmieściach Helsinek, tuż obok ambasad Wietnamu, Iranu i Chin (niezłe towarzystwo, co?). Po drodze minęliśmy Chinkę protestującą przed chińską ambasadą przeciwko karze śmierci.

Już przed wejściem do ambasady i konsulatu czekała na mnie pierwsza przykra niespodzianka – z powodu awarii systemu komputerowego konsulat nie załatwia żadnych spraw z dokumentami przez najbliższe trzy dni! Niezrażony wszedłem do środka, przecież muszą mi pomóc!

– Niestety nic panu nie załatwimy, może pan jedynie złożyć zawiadomienie o zaginięciu dowodu, ale na wtórny dokument musi pan poczekać do piątku, no może w czwartek zdążymy.

- Ale państwa pracownik przez telefon w niedzielę mówił mi, że wszystko załatwicie!

- Być może nie znał całej sytuacji.

- Ale ja mam samolot we wtorek! Jak mam zostać tutaj jeszcze trzy dni?

- Przykro mi, nic innego nie jesteśmy w stanie zrobić, zresztą mamy 7 dni na wydanie zastępczego dokumentu.

- To może wydacie mi chociaż zaświadczenie, że skradziono mi dowód?

Taki dokument dostałem po kilku minutach, jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jest po polsku!

- Jak ja to mam pokazać Finom na lotnisku, kto to przeczyta?

- Niestety, nie wydajemy zaświadczeń po angielsku…

- No to może chociaż przetłumaczycie na fiński, macie tutaj tłumacza przysięgłego?

- Mamy, ale taka usługa kosztuje 30 euro.

30 euro za pięć linijek tekstu? Nieźle się cenią rodacy za granicą. Musiałem mieć bardzo groźną minę, bo pan z konsulatu (notabene wnętrza wyglądają jak w latach 70.) szybko poszedł do tłumacza. Wrócił po 5 minutach, wyjaśniając, że konsulat zwolni mnie z tej opłaty, ale muszę poczekać godzinę na tłumaczenie.

Ten czas wykorzystałem na podróż na policję. Najbliższy posterunek mieścił się w odległości trzech przystanków metrem. Na policji po raz kolejny tego dnia opowiedziałem swoją historię. Było i śmiesznie i strasznie.

- A gdzie pan stracił dokumenty?

- W Espoo.

- To musi pan tam pojechać zgłosić, my nie mamy dostępu do bazy danych w Espoo

(Boże, jak oni mogli wynaleźć Nokię!)

- Ale ja jestem w Helsinkach, byłem w ambasadzie, powiedzieli mi, że mam zgłosić też tutaj. A nie może pan zadzwonić na policję w Espoo i sprawdzić przez telefon, czy może ktoś przyniósł moje dokumenty?

Fin popatrzył zdziwiony, ale wziął telefon, wykręcił numer i po kilku minutach rozmowy po fińsku stwierdził, że dokumentów nikt nie znalazł, policja w Espoo zgłoszenie przyjęła i jak się portfel lub przynajmniej dowód znajdzie, to odeślą go do ambasady, a ta odeśle do Polski.

- Ok, ale ja te bym chciał zgłosić kradzież portfela, czy może dać mi pan takie zaświadczenie, że u was byłem i zgłosiłem tę sprawę?

- Dokumenty może pan tracić nawet codziennie, to nie jest nasza sprawa. Musi się pan zgłosić do policji w Polsce.

Po takiej odpowiedzi straciłem już ochotę do dalszej dyskusji. Wróciłem do ambasady, odebrałem dokument o utracie dowodu po polsku (dla urzędu w Elblągu) i po fińsku (dla obsługi lotniska) i z ciężkim sercem czekałem na przyjazd na lotnisko. Wcześniej pan z konsulatu podpowiedział (ale oczywiście nieoficjalnie), bym spróbował wsiąść do samolotu bez dowodu, a nuż się uda, bo niektórym się udaje.

We wtorek rano na terminalu w Turku liczyłem na cud. I cud nastąpił, a wszystko za sprawą sympatycznej pani z odprawy, która najpierw trochę podniosła mi ciśnienie, mówiąc, że może bym jednak został dłużej w Finlandii, a potem po wysłuchaniu całej historii ze śmiechem przybiła dziwną pieczątkę na bilecie. Dobrze, że miałem ze sobą to pismo po fińsku, bo inaczej chyba by się nie udało. Naprawdę odetchnąłem jednak dopiero, gdy samolot wzbił się w powietrze. Żegnaj Finlandio!

Na zdjęciu cała ekipa, która leciała samolotem.

 

 

 

 

sobota, 31 sierpnia 2013, rafalgruchalski

Polecane wpisy